Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 grudnia 2012

na gorsze wieczory - czekolada




i wtedy pojawia się ktoś.
Ktoś.
KTOŚ.
Rzecz jasna, ktoś najmniej odpowiedni. Najmniej stosowny. I własnie ktoś taki...KTOŚ TAKI....
wywraca świat do góry kołami...


Okazuje się, że cała równowaga jest względna. Że to nie bastion. To nie fundament. To tylko łata na sercu. Pokłutym. Zdeptanym. Smutnym sercu. Lód. Stal. Zbroja.
A potem zjawia się taki Ktoś i go topi. I leczy rany. I przynosi dawno zgasłe pragnienia, budzi emocje...
Możemy nawet nie chcieć. Możemy się bronić. Albo nie zauważyć.
Możliwe, że nie zastanawiamy się nad tym. Że bierzemy łapczywie to co Ktoś daje i nawet nie spostrzegamy tego, że zaczynamy prosić o dokładkę. 
Wiecie jak to jest, nie wiedzieć, że lód serca topnieje? Nie wiedzieć, że już nie ma fortecy i że stajemy się całkowicie bezbronni, spragnieni, otwarci, bezsensownie szczerzy i niepodejrzewający ataku....
To jest tak, że siedzi się z dumnie wypiętą piersią na swoim papierowym murze obronnym, chroniącym serce przed falą uczuć, która zalewa cały wszechświat.....potem się już tylko tonie.
To jest tak, że otwiera się rękoma klatkę piersiową i pokazuje się płuca, żebra, serce, żołądek i nie myśli się o tym, że ktoś w ręku trzyma garść soli.
To jest tak, że w głowie budujemy taflę lodu, po której tańczymy na łyżwach, skacząc skomplikowane piruety nic nie podejrzewając, że połamiemy zaraz obie nogi.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Taka trochę bajkowa historyjka. Lekka i przyjemna opowiastka o tym, że w życiu trzeba trzymać się tego co się kocha, tego co się potrafi i tego co nam podpowiada nasz wewnętrzny głos. A przecież każdy z nas ma taki głos w sobie, który sprawia, że idziemy naszą drogą. Czasem zabłądzimy, czasem napotykamy jakieś trudności, ale każdy z nas wybiera swoją drogę. I dopóki ten nasz pomysł na nas samych, nikogo nie rani, to wszystko jest w porządku.
Ten film jest jak skrawek życia. Zawsze jest tak, że stabilność w końcu zostaje zachwiana a odnaleziony spokój znowu napełniają niepokojące myśli. I często się tak dzieje przez miłość. Przez pragnienie bycia z kimś. KIMŚ.



Czekolada jest staraniem się o to, żeby rzeczywistość wokół nas była lepsza. Gdy staramy się o siebie, o innych. Gdy dbamy o ludzi i przejmuje nas otoczenie. Czekolada jest dla tych, którzy przestali myśleć o sobie. Którzy pragną miłości. Dla tych co chcą ulepszać świat wokół siebie.
A jednocześnie czekolada jest pokusą, czymś zakazanym, zgubnym...
...ale ponieważ to bajka, to i bajkowe ma zakończenie. Do tego śliczna muzyka i piękne aktorstwo. Należy więc oglądać i uśmiechać się marząc, że następnym razem to nam przytrafi się ta historia...że to nam trafi się właśnie TEN kawałek czekolady ;)







piątek, 8 czerwca 2012

bo nie wszystko można zrozumieć

Co w życiu jest najważniejsze? Co? 
Powiecie, że rodzina? NIE.
Powiecie, że dom, dzieci? - NIE.
Powiecie - robić to co się kocha? - NIE.
Możecie wymieniać ale to tylko będą pośrednio prawdy o tym CO JEST W ŻYCIU NAJWAŻNIEJSZE. 


Czym jest samotność? Jak to jest nie czuć się samotnym? Czy może czuć się tak jedynie osoba, która nikogo nie potrzebuje? Czy można świadomie odrzucić potrzebę bycia z drugim człowiekiem? Zadeklarować, że nikt nie jest mi potrzebny? Czy można ogłosić swoją niezależność, niepodległość i bycie samemu jako wystarczające, jako to, naprawdę TO czego chcemy? Jestem sama! Stanowię o sobie sama! Decyduję o wszystkim sama! Radzę sobie ze wszystkim sama! Nikt nie jest mi potrzebny. Nie, wcale nie czuję się samotna.
...czy ktoś w ogóle potrafi tak żyć?
"...to nienormalne. To hipokryzja. Pozerstwo!"
Ale zrozumie to tylko ten, kto poczuł samotność. Ten kogo ta samotność przygniotła. Położyła na łopatki. Zrozumie to tylko ten.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Po raz pierwszy widziałam ten film gdy byłam nastolatką. Już miłość dwojga dorosłych ludzi była dla mnie wystarczająco dziwaczna i niezrozumiała. Nie mogłam pojąć co takiego jest w tym filmie, że moja mama zalewa się na nim łzami. Że postrzega go jako arcydzieło. Więc wracałam do tego filmu. Znowu i znowu. I mimo, iż wydawało mi się, że jestem coraz bliżej odkrycia "prawdy" to jednak wiem dziś, że byłam nadal bardzo daleko.

Parę dni temu odwiedziła mnie przyjaciółka. Przyniosła mi kwiaty. Powiedziała mi, że mnie kocha i że bardzo jej na mnie zależy.

Uświadomiłam sobie, że wybory jakich dokonałam wynikały z całego mojego jestestwa, że nigdy nie zmieniłabym zdania, że gdyby czas się cofnął zrobiłabym to samo. Że to moje szczere, świadome wybory dyktowane sercem, duszą. Podejmowałam je po to by być szczęśliwą. I choć kosztują mnie teraz...czasem... to i tak nie zrobiłabym inaczej.
I wiecie co? Zrozumiałam. Dziś zrozumiałam. I powiem Wam też, że już wiem co jest najważniejsze w życiu. W tym życiu pełnym podejmowania decyzji, pełnym skomplikowanych, niełatwych wyborów. W życiu najważniejsze jest pozostać wierną swoim wyborom. Bo nasze wybory - zwłaszcza te najtrudniejsze, wynikają z przemożnej siły naszego całego wszechświata. I powiem Wam coś jeszcze - jeśli nie przepełnia nas pewność aby zrobić krok to nie musimy go robić. Lecz jeśli go robimy, bo czujemy, że nie możemy stać w miejscu to pamiętajmy, że tym krokiem wyrażamy siebie. Nie żałujmy decyzji. Nie żałujmy tego, że postanowiliśmy być sobą. Bądźmy sobie wierni. Oto co jest najważniejsze nawet jeśli bardzo trudne ;)








czwartek, 12 kwietnia 2012

Wszystko przez to, że boimy się kochać

Jak to jest?
To jest tak jakby kolejne uderzenie serca miało wstrząsnąć całym ciałem...jakby ściany miało powalić...
To jest tak jakby żołądek zwinął się w spiralkę a wszystkie sprawy odstawione zostały na półkę. To jest tak jakby zawiesić w czasie wszystko pozostałe prócz tej jednej, jedynej osoby. Jakby włączyć pauzę całej reszcie. To jest tak, że wciąż jest mało czasu...wspólnego czasu. To jest tak, że nie chce Ci się gadać i nie masz pojęcia co zrobić żeby ten czas, który macie nie przepadł. I przychodzi taki moment, że wszystko co stanie się później jest już jasne. To jest tak, że już wiesz, że ta druga osoba jest i będzie. I boisz się. Strach podchodzi do gardła i dławi od środka. Czasem. Często. To jest tak, że boisz się na zapas tego, że może wydarzyć się coś co was rozdzieli. Dławi myśl, że może stać się najgorsze - że nawet nie dowiesz się, że nie zdążysz. I to jet własnie tak - że przepełnia Cię jednocześnie lęk i błogość, strach i odwaga aby brać pełnymi garściami to co możesz tu i teraz. To jest tak, że jest w Tobie pełno sprzeczności. Nie rozumiesz tego ale nawet się nie starasz. Nie jest ważne rozumieć tylko być. To jest tak, że najważniejsze to być razem. I szukasz sposobów, miejsc, czasu i serce bije coraz mocniej.
I jest też smutek i złość. To się bierze z zazdrości. Z niesprawiedliwości. Z lęku. Miliony obaw pchają łzy do oczu. Boimy się mówić sobie szczerze. Tak się nie robi. Nie wkracza się w życie innej osoby jeśli się nie zostanie zaproszonym. A nawet z przyzwoleniem nadal mamy skrupuły, nadal mamy obawy. Nadal jest bariera. I strach przed odrzuceniem, przed niespełnieniem.
Wiesz jak to jest.
Tak jest.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Obejrzałam dziś ten film drugi raz. Sama. Przed południem. Wylałam wiadro łez. Poczułam skurcz w brzuchu. Wydałam kilka krzyków, których nikt nie usłyszał: "Ja też", "Tak", "Dokładnie tak", "Rozumiem"...
Nadal mi się ręce trzęsą.


piątek, 30 grudnia 2011

Żyjąc w oczekiwaniu

Trochę nieobecna i zawieszona a jednocześnie przecież wiem, że wszystko muszę dobrze przemyśleć, bo gdy w końcu nastąpi ten wyczekiwany dzień wszystko powinno być gotowe. Więc trzymam mocno koncentrację na moim punkciku na osi. Jednak krążąc jedynie dookoła niego nie chcę aby umykało mi to co dzieje się dookoła mnie. Skupiona na tym co ma się wydarzyć nie tracę nic z tego co się wydarza. Przeżywam, wypijam, wysączam aż brak mi na to czasu, brak czasem też siły, bo opadam ze zmęczenia a wiem, że miałabym jeszcze coś do wyciśnięcia z tego dnia. I pojawiający się żal. Nie za tym czego nie udało mi się doświadczyć dziś ale za tym czego na pewno nie uda mi się dotknąć jutro...i marzenie o tym, że gdy przyjedzie w końcu TEN DZIEŃ, uda mi się wszystko! Wiara i nadzieja, że mimo iż będzie inaczej i na pewno trzeba będzie się przyzwyczajać do nowej sytuacji i reorganizować swoje życie to jednak optymistyczna wizja, że po nadejściu tego oczekiwanego czasu wszystko się zmieni na lepsze. Bo może nadal nie będzie czasu na to aby wszystkiego co chcę doświadczyć, spróbować, poczuć...to jednak wciąż na bieżąco będę przeżywać to na co czas swój sama przeznaczę. Bo najważniejsze aby w oczekiwaniu na jutro nie umykało nam dziś.


I to z pewnością bardzo miłe tak sobie marzyć o tym, że jest dobrze i będzie dobrze a nawet jeszcze lepiej...i to z pewnością jest napędem dla wielu ludzi w gorszych i lepszych czasach. To z pewnością dodaje odwagi w podążaniu do celu. Tylko z pewnością nie wiemy co się wydarzy. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Jak bardzo ten film mną poruszył nie jestem w stanie wyrazić słowami choć rzadko mam z tym problem. I wcale nie TO co się okazało, lecz treść, która opowiadała tą historię. Ludzie, którzy wywierali wpływ na bohaterkę nie przez to co uczynili jej ale przez to co zobaczyła, że robią. Wydarzenia, które ukształtowały jej decyzje. Wszystko jakby się zadziało "poza nią", jakby nie miała na to wpływu, jakby nie mogła od tego uciec albo tego ominąć. A ona - niewyobrażalnie silna kobieta. Nic innego mi nie przychodzi do głowy. I druzgocząca prawda. Zakończenie, które znamy, którego się domyślamy. Które nie pozostawia w nas spokoju. Które rujnuje nasz światopogląd. Rujnuje wiarę i nadzieję. Niszczy wszystkie wysiłki, jakie wkładamy w oczekiwanie na ten dzień - TEN JEDYNY DZIEŃ, który ma się wydarzyć.


sobota, 3 grudnia 2011

Życie. Pasja. Modigliani.





Życie pełne pasji. Życie pełne emocji. Czasem skrajnych lecz jakże fascynujących. Życie niebezpieczne, niepewne jutro, zimny poranek, pusta butelka...któż chciałby tak żyć?
Ja?
Nigdy nie chcę powiedzieć o sobie, że czegoś żałuję. Nigdy nie chciałabym przyznać, że zmarnowałam coś bądź przed czymś stchórzyłam....czy trzeba być nazwanym głupcem, żeby móc tak żyć? Czy trzeba być nazwanym innym? Dziwnym? Wariatem? Czy trzeba się stać tą złą - niedobrą...


W głębi nas samych każdy przecież jest trochę wariatem. Przecież każdy czasem pragnie tego czego nie ma - czego nie ma obok niego. Dla czego musiałby poświęcić coś co ma. Coś musiałby stracić. Nie chodzi o dokonywanie wyborów lecz o karmienie emocji. Przecież każdy z nas ma emocje, które zna tylko on sam. Często inne. Często takie same. Czy to znaczy, że jesteśmy wariatami gdy chcemy aby te emocje żyły?...zawsze...Mimo lat, które nieubłaganie mijają. Mimo ludzi, którzy odchodzą. Mimo tych co od nas coś chcą. Mimo tego jak wiele się od nas wymaga. Jak wiele musimy robić by wychować nasze dzieci. Czy musimy zostać nazwani wariatami gdy chcemy karmić swoje emocje? Głupimi wariatami. Marzycielami., którzy nie chcą się pogodzić z tym, że czas na marzenia minął wraz z wejściem w wiek dojrzały...wraz z zakończeniem szkoły, wyprowadzeniem się od rodziców. Dlaczego CI wariaci tego nie rozumieją? Dlaczego nie potrafią zrozumieć, że czas na emocje, marzenia i pływanie nago w jeziorze minął. Dlaczego?


Nie chcę żyć jak cień. Jestem cieniem swoich emocji. Ledwo ich zarysem. Jakimś majakiem. Wciskam je wszystkie gdzieś..nie wiem gdzie...gdzieś wgłąb samej siebie. Im bardziej je wciskam tym bardziej wyłażą na boki. Im bardziej tłumię tym bardziej przestaję być sobą. Nie chcę nie być sobą. Nie chcę udawać. Nie chcę nigdy powiedzieć, że czegoś żałuję lub, że przed czymś stchórzyłam.


Dlaczego nigdy nie chciałam być bogata tylko szczęśliwa? To byłoby o wiele prostsze. 


Czy każdy w sobie samym jest przekonany o własnej niepowtarzalności? O własnej wyjątkowości? Czy każdy musi się upewniać o tym? Jak to jest?
Czy żeby być szczęśliwym trzeba się dzielić? Z kimś kogo cieszy to samo? Z kimś kto tak samo myśli i tak samo rozumie? Czy wystarczy być obok ukochanej istoty aby poczuć ukojenie czy trzeba usłyszeć, że ona też czuje to samo? Kiedy już wiadomo bez słów, że jest się zrozumianym? Jak to jest gdy tak jest zawsze? Czy to się zmienia czy już zawsze tak jest? Czy jak się kocha to czy to wystarcza aby wszystko zrozumieć? Czy wystarcza kochać jedną istotę czy trzeba też być przez nią kochanym?


Co robisz gdy szklanka jest pusta a obok stoi pełna butelka? 
A co gdy butelka też pusta?


Jedno życie.
Pomyśl o tym.
Żeby nigdy nie powiedzieć, że stchórzyłaś.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Ktoś mi ostatnio powiedział, że mam łatwość otwierania się. Że otwieram się. Dziś oglądałam film "Modigliani - pasja tworzenia". Otworzyłam się. Obudziły się we mnie emocje. Te, które gdzieś w sobie tłumię. Te, które zdecydowałam tłumić. Chciałabym się otworzyć w sposób niekontrolowany. Chciałabym wypuścić z siebie to co ściskam. Chciałabym wypełnić się sobą. Stać się sobą. Być sobą. Myślę, że Modigliani był sobą.

- Amadeo Modiglini, jesteś szalony?
.....
- Wiedziałem!

czwartek, 29 września 2011

Życie ukryte w słowach

Niewiarygodne jak rzadko czytam poezję. Kiedyś, już jako nastolatka uwielbiałam ją. Zatapiałyśmy się w najdrobniejsze niuanse i poszukiwałyśmy wieloznaczności. We dwie. Ja i moja przyjaciółka. Pisałyśmy do chłopaków listy z wierszami Tuwima, Wojaczka, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej...Potem była kolejna przyjaciółka i kolejna miłość ale Tuwim i Wojaczek pozostali ze mną. Już na zawsze. Potem jeszcze Miłosz, Leśmian, Buczkówna.


W słowach tak wiele można wyrazić. W kilku zawrzeć cały sens. Paroma dotknąć dokładnie tego miejsca w sercu i duszy, które jest na co dzień nietknięte. Dotrzeć tak głęboko, że aż dziwne, że ich tam wcześniej nie było...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

O poezji przypomniał mi film, który zobaczyłam kilka dni temu. Historia pisarki Eugenii Ginzburg.
Pozwolił mi na moment odpłynąć z tego świata. Zrozumieć jak wiele dla człowieka znaczy godność i życie - wartości, nad którymi rzadko się zastanawiamy żyjąc w nowoczesnym świecie i w kraju bez wojny. Zobaczyć jak słowa pomagają przetrwać w złych czasach. Wsłuchać się w nie. Posłuchać Puszkina, Jesienina, Mandelsztalma, Cwietajewy. Upewnić się, że prócz posiadania wysokiego stanu konta i dobrego samochodu celem jest przeżyć swoją chwilę rodzinnie i szczęśliwie. W cieple i z uśmiechem.

W słowach od tych rosyjskich poetów ukryte jest życie. Cały jego sens i cały bezsens. Mocne, szorstkie i szczere słowa. Choćby dla nich warto posłuchać tego filmu.




Dano mi ciało - cóż ja z nim uczynię,
Takim jedynym - i moim jedynie?
Ta cicha radość - życie, oddychanie -
Komu, powiedzcie, mam dziękować za nie?
O.Mandelsztalm

wtorek, 20 września 2011

Jane Campion - mistrzyni gatunku



Każdy człowiek w środku jest sam na świecie. Jest jedyny. Najważniejszy. Dlaczego więc tak trudno człowiekowi być samemu? Żyć samotnie. Wypełniać jedynie swoimi myślami całe dnie - całe 12, 14, 16...godzin własnych myśli, własnych planów, zaspokajania własnych potrzeb...tylko swoich. Dlaczego i skąd ta wszechogarniająca potrzeba współistnienia? Współtworzenia. Dzielenia się. Że nic nie cieszy jeśli nie jest pomnożone przez uczestnictwo drugiej osoby. Że nie ma sensu na dłuższą metę. Że chcemy być z kimś, kogoś mieć obok...


Czy tylko artyści potrafią żyć samotnie? Czy tylko wariaci? Czy każdy artysta to wariat???


Już nie pamiętam jak to było wypełniać cały dzień tylko własnymi myślami. Zaspokajać tylko swoje potrzeby. Realizować jedynie swój plan. Sama. W pojedynkę. Bardzo mi tego brak. I nie znaczy to ani tego, że chciałabym żyć sama ani tego, że nie jestem szczęśliwa żyjąc z kimś.


Każdy potrzebuje mieć czas dla siebie - jakąś przestrzeń dla własnych myśli ale nie za dużą i nie za długą - taką w sam raz. Bezpieczną, w której nie można zabłądzić. W której człowiek się nie gubi. Nie przepada. Taka przestrzeń samotności na miarę każdego człowieka. 


Samotności bym nie zniosła. Ale pobyć samej to co innego.


Samotność to ból. To krzyk bez echa. To wyschnięte na wiór koryto rzeki, która nie ma zamiaru się skończyć. Samotność to brak miłości i zachwytu drugiego człowieka. Z samotności leczy tylko miłość. Samotność i brak współistnienia rodzą nieszczęście - najbardziej płodną emocję wszech czasów...

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~



Jane Campion jest geniuszem. Tworzy filmy pełne powietrza, przestrzeni i wspaniałych krajobrazów a mimo to brakuje mi czasem oddechu gdy na nie patrzę. Zatyka mnie klimat scen, wspaniałe aktorstwo, dawka emocji, z którymi nie radzi sobie główny bohater ani ja. Całkowicie pochłania mnie każda opowiedziana przez nią historia i tym razem nie było inaczej. O czym jest film? Idealnie pasuje tutaj fragment książki, którą dziś zaczęłam czytać a idzie tak: "Nasza kultura od czasów oświecenia (a jak się temu bliżej przyjrzeć to od greckich filozofów) odczuwa potężną potrzebę słownikowego definiowania a więc zamykania rzeczy i zjawisk w zgrabnych, przystępnych i wyczerpujących słownych opisach. Pozytywnych efektów tego zjawiska można wskazać mnóstwo ale jest co najmniej jeden katastrofalny: zjawiska, które niepodobna poddać takiemu zabiegowi, zaczynają być postrzegane jako w rzeczywistości nieistniejące. Na szczęście nawet oświeceniu i nowoczesności nie udało się zlikwidować takich języków opisu zjawisk, które być może nie mają takiej intelektualnej precyzji i lakoniczności, nie są tak jednoznaczne jak naukowe definicje ale pozwalają uchwycić głębię pojęć, które opisują. Takich języków jak fabularna opowieść, widowisko teatralne, liryczna refleksja."(Jarek Górski "Męska rzecz")
Dlatego nie opowiem o czym jest ten wspaniały film tak w ogóle. Nie zdefiniuję, że o samotności (a czym ona jest?!), czy o odwadze (czyli jakimś zbiorze zachowań!) albo, że to film o pisarce Janet Frame, bo wcale to nie byłby prawda...tak w ogóle. Nie umiem nazwać...To jeden z tych filmów, który trzeba przeżyć aby zrozumieć o czym jest. Zobaczyć na własne oczy. Dotknąć swoją wrażliwością.

Dla mnie to obraz dający siłę i potwierdzający moje wartości. To z czym idę przez życie w tym filmie nabiera jeszcze większego sensu. W momentach to film i piękny i przerażający, zabawny i smutny, miłosny i pozytywny ale też okrutny...
Budzący rosnące z każdą minutą filmu współczucie i podziw dla bohaterki.
Jednocześnie.
Współczucie i podziw...
...I jak to nazwać?

sobota, 10 września 2011

that film makes me scream

Uwielbiam dramaty. Mam zawsze nadzieję na niezwykłą historię, sporą dawkę emocji i beznadziejny koniec. Zwykle miałam dużo czasu na oglądanie filmów lecz odkąd pojawiła się moja mała dziewczynka trochę mi się on skrócił...tym bardziej chcę dostać to czego oczekuję!
Ostatnio obejrzałam kilka filmów, które doprowadzić mogą do szaleństwa! Zatem ostrzegam! Jeśli spodziewasz się po filmie pewnego całościowego efektu a nie tylko kilku plusów - wystrzegaj się tych filmów (może ich jeszcze nie widziałeś!)! A zwłaszcza jeśli emocje mają płynnie przechodzić od wstrząsu i zainteresowania w dramatyczny nie dający nadziei na zmianę koniec.

...niektórzy reżyserzy nie rozumieją, że główny bohater musi umrzeć....lub zostać sam.

Marzą mi się wspaniałe dramaty.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


"Świetliki w ogrodzie" 2008

Cóż mogę powiedzieć? To chyba najgorszy film jaki oglądałam w tym roku. O niezbyt mądrym, młodym facecie tkwiącym w nieciekawej relacji z ojcem. Nie miał zbyt kochanej mamy - nie pomogła mu dorosnąć. Gdy umarła został tylko ojciec, którego zawsze nienawidził. Film miał być chyba o przebaczeniu a wyszło tak, że ten młody człowiek poddał się na końcu despotycznemu ojcu. Reżyser chce żebym uwierzyła w jego przebaczenie? Nic z tego!


"Droga" 2009

Amerykańskie kino drogi bez samochodu. Droga w strachu, brudzie i głodzie. I nie ważne jak to wszystko się zaczęło - niepotrzebny wysiłek, by zatrudnić Charlize Therone. A na końcu tatuś umiera no i synek też powinien. Ale nie!! Nagle znikąd zjawia się ratunek! ...bezsensu...


"Granice miłości" 2008

Muszę przyznać, że to bardzo dobra historia. Przewidywalna ale dobra i wciągająca. Ale koniec mnie dobił!
Mamy tutaj psychicznie niestabilną kobietę, która porzuciła swoje nowo narodzone dziecko przed ośmiu laty. Zachowuje się depresyjnie - chciała się zabić, sypia z przypadkowymi mężczyznami, jest samotna i nieszczęśliwa. Poznajemy powoli jej historię. Wierzymy jej! Charlize jest po prostu stworzona do takich ról! I wszystko byłoby wspaniale tylko czemu bohaterka nagle na koniec filmu się zmienia?! Dlaczego i po co chce zaopiekować się ośmioletnią córką?! Nawet jej nie zna! Nie chce jej! Nie wierzę w tą jej przemianę! Wkurza mnie ona! Końcówka tego filmu jest najgorsza na świecie!!!


"Rozstania i powroty" 2006

To mógł być również dobry dramat tylko, że ktoś zdecydował, że musi się dobrze skończyć! Co za nieporozumienie!!!!

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Są sytuacje, które nie mają wyjścia i tak jest dobrze. Nasze życie doskonale pokazuje, że szczęśliwy koniec się z reguły nie zdarza. Jeśli oglądam dramat to chcę wiedzieć, że mam do czynienia z czymś życiowym - możliwym. Chcę zobaczyć jak bohater boryka się z trudnościami i nie chcę wcale widzieć jak z nich wychodzi. Jeśli zabija się w filmie dziecko, czy to psychicznie łamiąc jego ducha w dzieciństwie czy też faktycznie ginie np. w wypadku, to nic potem nie może być dobrze. Jeśli świat się kończy to nie ma nadziei - chcę zobaczyć koniec. Jeśli mąż zdradza to oczekuję rozstania albo buzia w kubeł i o tym nie mówimy zamiast prowadzić terapię, która i tak wygląda na nieprawdziwą. Wierzę, że ludzie się zmieniają ale to się dzieje rzadko. Zwykle pozostajemy tacy sami. Wierzę, że można żyć dalej nawet gdy bliska osoba odchodzi lecz nie jest to takie samo życie jak z tą osobą. Wierzę, że ludzie sobie przebaczają ale ich relacje na zawsze pozostają inne. Lubię wierzyć w to co dzieje się na ekranie, bo lubię to przeżywać. Reżyserom tych filmów nie wierzę.

wtorek, 6 września 2011

Pokazać emocje. "Jestem miłością" Luca Guadagnino.


Są takie momenty w życiu gdy wszystko nabiera barw miłości. I wtedy wszystko pachnie pożądaniem. Seksem... Szybsze bicie serca potrafi wypełnić każdą przestrzeń. Niecierpliwość podchodzi do gardła tak bardzo, że aż dławi, aż boli, dusi. Myśli nie znają porządku a w głowie panuje zupełna pustka. Każda sekunda kręci się wokół i nie chce minąć jakby specjalnie...odsuwając porę ponownego spotkania. Z kimś kto w tym momencie tej rzeczywistości czuje tak samo. Przeżywa tak samo. I chce to dzielić. Gdziekolwiek nie jesteś i nieważne jak daleko - wszystkie Twoje myśli plotą warkocz wspólnej miłości. Marzenia senne o ile w ogóle nadchodzi sen, są pełne podniecenia i niepewności. Piszesz i kasujesz i piszesz na nowo maila za mailem i żadnego nie wysyłasz. W końcu decydujesz się na głupiego smsa...ale to i tak nie ważne, bo gdy jesteś już z tą drugą osobą żadne słowa nie są potrzebne...wystarczają spojrzenia i uśmiechy. Wspólnie obejrzana książka. Wspólnie wysłuchana piosenka. Wysłuchana do ostatniej nuty, która kończy się na szczycie Twojej brodawki...Dwie dłonie na sobie. Dwa ciała na sobie. Mój palec na Twoim pieprzyku. Twoje usta na moim czole...
Są takie momenty w życiu gdy pragniesz tak mocno, że nic innego nie jest ważne...a to przecież tylko pożądanie. Ale tak mocne, tak obezwładniające, że nic, ale to nic innego nie jest ważne. I wtedy jesteś tylko tu i teraz. Nie ma jutra. Nie ma wczoraj ani dziś. Jest tylko teraz. Tutaj. I chce się tak trwać. I chce się dotykać, całować, kochać, śmiać. Chce się tego wszystkiego czego się pragnie zawsze a ma się w tym momencie. Bo to są takie momenty. Rozedrgane. Wypełnione muzyką. Wstydliwe. Niebezpieczne. Tajemnicze. Prywatne. Tylko nasze. Miłosne momenty. I w nich odnajdujemy siebie.


Pokazać emocje - to właśnie udało się reżyserowi Luce Guadagnino. Nie szukaj w tym obrazie logiki. Patrz i przeżywaj. Zdjęcia są tak piękne, że czuję jakbym tam była. Jakbym była w tym wielkim domu...wielkim jak mój blok, w którym mieszkam! Czuję tą niewypełnioną przestrzeń, pustą od podłogi po sufit! Czuję atmosferę. Napięcie służby tuż przed rozpoczęciem się przyjęcia. Chwilę krępującej ciszy przy stole. Ogromną samotność kobiety siedzącej w pustej sypialni. Czuję na sobie jej ubrania. Czuję jej biżuterię. Czuję niemal zapach jej skóry. I gdy bierze kęs - niemal czuję smak krewetki. A potem...wiatr we włosach i gorące zlepione pożądaniem ciała. Słyszę bzyczące osy i bąki. Czuję zapach trawy. Stoję na skraju góry. Opieram się o zimną skałę. Jestem wyczerpana tą wędrówką... A potem znowu powrót do wielkiego domu i zwrot akcji. Przypomniała mi się od razu "Skaza" z Jeremym Ironsem. A potem znów zupełny brak logiki ale za to głośne bicie serca - tak głośne, że zagłusza nawet mnie.

Ten film to obraz pełen emocji. Zmysłowych doznań. Dotyku. Zapachu. Ciszy. Będę go często oglądała.
Dziękuję Agnieszka ;)